Jeszcze przed I wojną światową Vorarlberg był jednym z najbiedniejszych zakątków Europy. Miejscowi górale musieli wysyłać swoje dzieci do pracy w Bawarii i północnych Włoch, a gdy w 1919 r. w referendum opowiedzieli się za przyłączeniem Vorarlbergu do Szwajcarii, zakłopotani Helweci odmówili im, tłumacząc, że nie chcą zakłócać wypracowanej przez stulecia równowagi swoich wielojęzycznych kantonów. W latach 20. już mogli tej decyzji pożałować, bo narty – wtedy jeszcze ski-touring na fokach – zaczęły robić karierę jako ulubiona zimowa rozrywka zachodnich Europejczyków, a Vorarlberg oferował im do niej kapitalne tereny. Dziś, po kilku dekadach intensywnego i nowatorskiego inwestowania w przemysł narciarski, jest najbogatszym regionem Austrii o proporcjonalnie największej liczbie pięciogwiazdkowych restauracji i z prawdopodobnie najbardziej ekskluzywną stacją narciarską w Alpach – Lech-Zürs w Arlbergu.
Każdej zimy spada tu ponoć co najmniej siedem metrów śniegu, ale i tak przy ponad połowie z 280 km nartostrad stoją armatki. Jednak bez względu na wysoką jakość ratrakowanych tras (w Lech-Zürs tylko jedna jest czarna, ale za to kiedyś pobito na niej rekord świata w prędkości zjazdu; cztery kolejne są w St. Anton) Arlberg kusi przede wszystkim amatorów free ride’u. Po każdym obfitym opadzie zjawia się ich tu wystarczająco wielu, by w ciągu paru dni wszystkie dostępne stoki pokryły się gęstą i malowniczą siatką śladów nart. Nigdzie indziej w Austrii dostęp do zjeżdżania off-piste nie jest tak łatwy – zapewnia go 85 wyciągów i kolejek, które kursują między 1300 a 2800 m n.p.m. Oznaczone pomarańczowymi rombami trasy liczą w sumie 180 km. Ryzyko tego sportu jest tu przy tym ograniczane do minimum – w razie potrzeby eksplozjami dynamitu prowokuje się kontrolowane lawiny, a na dole można wypożyczyć specjalne plecaki o nazwie ABS z otwieranymi jak spadochron i automatycznie pompowanymi skrzydłami, które umożliwiają utrzymywanie się na powierzchni niefortunnie poderwanej lawiny.